Reklama

Smaki Kurpiowszczyzny na gravelowym szlaku. „O Jezu, jakie dobre!”

Redakcja wdi24
31/08/2026 13:40

Ponad setka kilometrów w nogach, wszechobecne błoto i zmęczenie, które dawało się we znaki na każdym podjeździe. Brzmi jak opis wymagającego rajdu rowerowego? Bez wątpienia. Jednak dla uczestników 125-kilometrowego maratonu gravelowego prawdziwym wyzwaniem okazało się coś zupełnie innego – konieczność opuszczenia gościnnych progów Kuźni Kurpiowskiej w Pniewie i odejścia od suto zastawionego stołu.

Gravelowe wyprawy przyzwyczaiły nas do sportowej rywalizacji, testowania własnych granic i regeneracji przy pomocy żeli energetycznych. Organizatorzy tej trasy postanowili jednak zaoferować cyklistom coś absolutnie wyjątkowego – prawdziwą, bezkompromisową kurpiowską gościnność. Gdy zmęczeni zawodnicy docierali do Pniewa, ich oczom ukazywał się widok, który natychmiast pozwalał zapomnieć o trudach trasy.
Lokalne gospodynie przygotowały dla rowerzystów prawdziwą ucztę, składającą się z najbardziej kultowych dań regionu. Na stołach wjechały tradycyjne kartoflaki, chrupiące fafernuchy, kultowe psiwo kozicowe, domowy kompot z mirabelek oraz idealnie ukiszone ogóreczki małosolne. Prawdziwymi królami menu okazały się jednak pierogi, serwowane w dwóch różnych rodzajach.
Smak potraw przygotowanych przez kurpiowskie gospodynie dosłownie zwalał z nóg. Zachwytom nie było końca, a jeden z uczestników, po skosztowaniu pierwszego kęsa, bez wahania zaproponował autorce kulinarnego sukcesu życiową zmianę:

Reklama

– Nie chce się pani przeprowadzić do Lublina? O Jezu, jakie dobre!

W Kuźni Kurpiowskiej nikt nie mógł liczyć na taryfę ulgową, jeśli chodzi o jedzenie. Gospodynie dbały o to, by talerze kolarzy nigdy nie były puste. Gdy kolejna grupa umęczonych cyklistów, oblepionych błotem od kół aż po same plecy, meldowała się na punkcie, natychmiast trafiała pod czujne oko pani Halinki.

Chłopcy, ciepłe pierogi. Rozbierać! – rzuciła krótki, żołnierski rozkaz kurpiowska gospodyni, a zmęczeni sportowcy bez dyskusji przystąpili do konsumpcji.

Reklama

Jedzenie znikało w mgnieniu oka, a zawodnicy zajadali się tak, że aż „uszy im się trzęsły”. Jedynym hamulcem bezpieczeństwa była świadomość, że do mety wyścigu pozostało jeszcze ponad dwadzieścia kilometrów wymagającej trasy. To właśnie ta myśl zmuszała większość z nich do powiedzenia „stop” po czwartym... no, maksymalnie piątym pierogu.
Z perspektywy czasu uczestnicy zgodnie przyznają, że to nie kilometry czy kapryśna pogoda były największą trudnością tego dnia. Prawdziwym testem silnej woli okazał się moment, w którym trzeba było wstać od pełnego smakołyków stołu, pożegnać serdeczne gospodynie, ponownie wsiąść na twarde siodełko i ruszyć w dalszą drogę.Kuźnia Kurpiowska w Pniewie udowodniła, że najlepszym paliwem dla sportowców jest nie tylko kaloryczne jedzenie, ale przede wszystkim serce i pasja włożone w jego przygotowanie. Kto raz tam zajechał, ten z pewnością będzie chciał wracać – i to niekoniecznie tylko na rowerze.

Reklama


Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo wdi24.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości