- Jak ktoś z boku by patrzył, to wygląda to tak, jakby tu były same zgliszcza. Nikt nie chce tu pracować, budżet się nie zgadza, burmistrz w ogóle nie przychodzi do pracy. A my mamy dobre wyniki finansowe, prócz BNF mamy 40 innych imprez, sukces śmieciowy widoczny jest w całej Polsce. Chociażby zmiana formuły BNF pokazuje, że słucham państwa refleksji. Ja państwu ufam i też oczekuję, że dla dobra wspólnego państwo będą mi ufać. A dyskusja zamieniła się w wyliczanie rzeczy, które nam nie wyszły. A mnóstwo rzeczy nam wyszło – mówił w czasie wielogodzinnej debaty burmistrz Piotr Płochocki. Kilka minut później było już jasne, że nie zdołał przekonać większości Rady Miejskiej. Burmistrz nie otrzymał wotum zaufania, a później głosowanie nad absolutorium zakończyło się bez rozstrzygnięcia. Jednak zanim radni podjęli decyzję, przez kilka godzin trwała jedna z najbardziej emocjonalnych dyskusji tej kadencji.
Już od pierwszych minut było wiadomo, że nie będzie to rutynowa dyskusja nad raportem o stanie gminy. Przewodniczący Rady Miejskiej Adam Szczerba zamiast krótkiego wprowadzenia wygłosił obszerne wystąpienie, które nadało ton całej sesji.
„Dziś oceniamy kapitana tego statku”
Przewodniczący rozpoczął od rozbudowanej metafory, porównując samorząd do statku. – Wotum zaufania nie jest głosowaniem nad wykonaniem budżetu. Można powiedzieć, że głosowanie nad wykonaniem budżetu jest jak przegląd techniczny statku stojącego w porcie – sprawdzamy wtedy, czy jednostka może pływać, czy dokumentacja się zgadza, czy finanse są wydawane na wyposażenie załogi i statku. Natomiast dziś oceniamy kapitana tego statku. Zastanawiamy się, czy potrafi żeglować, czy ma wyznaczony kurs, czy potrafi przewidywać zagrożenia, podejmować trafne decyzje, współpracować z załogą i zdobywać zaufanie tych, których prowadzi. W mojej ocenie oraz w ocenie wielu radnych materiały przedstawione w raporcie o stanie gminy, a także wydarzenia ostatnich miesięcy nie dają podstaw do udzielenia takiego zaufania – mówił.
Przez kilka minut Adam Szczerba punkt po punkcie wyliczał powody, dla których – jego zdaniem – burmistrz nie zasługuje na wotum zaufania.
Wrócił do zakończonej fiaskiem próby zakupu budynku po dawnej przychodni, wskazywał na konflikty wokół reorganizacji oświaty, zarzucał brak przejrzystości w funkcjonowaniu urzędu i sprzeciw wobec wprowadzenia rejestru umów oraz faktur. Mówił o polityce podatkowej, braku zrozumienia dla przedsiębiorców, niewystarczającym tempie prac nad planami zagospodarowania przestrzennego, opóźnieniach dotyczących stadionu, sposobie prowadzenia gospodarki odpadami czy niewystarczającej współpracy z Radą Miejską.
Przewodniczący przekonywał również, że mieszkańcy od lat czekają na kluczowe inwestycje, podczas gdy – w jego ocenie – większą uwagę poświęca się przedsięwzięciom o mniejszym znaczeniu. Padły także mocne słowa o stylu zarządzania.
– Trudno zagłosować za wotum zaufania, gdy pierwszym rozwiązaniem problemów finansowych stają się propozycje podwyżek zamiast poszukiwania oszczędności. Gdy zamiast wizji i długofalowego planowania widzimy nieustanne gaszenie pożarów i przeskakiwanie z tematu na temat bez finalizacji wielu kwestii – mówił.
Na zakończenie swojego wystąpienia podkreślił, że tego dnia radni nie odpowiadają na pytanie, czy gmina funkcjonuje, lecz czy sposób sprawowania funkcji burmistrza daje podstawy do zaufania na przyszłość.
„To wyraz mojego zaufania do państwa”
Piotr Płochocki rozpoczął odpowiedź od stwierdzenia, że zaufanie w samorządzie powinno działać w obie strony. Przypomniał, że jesienią ubiegłego roku usłyszał od radnych zarzut dotyczący niewystarczającej komunikacji z Radą. Jak przekonywał, wyciągnął z tego wnioski.
– Zorganizowaliśmy przez ostatnie miesiące całą masę rozmaitych spotkań w różnej formule. Przedstawialiśmy zagadnienia, problemy, państwo mogliście się określić i wypracowywać koncepcje. To był wyraz mojego zaufania do państwa i państwa pomysłów, z którymi nie zawsze się zgadzałem, ale rozumiałem, że mechanizm samorządowy wymaga dążenia do kompromisu – mówił.
Burmistrz podkreślał, że urząd przygotowywał kolejne warianty rozwiązań, organizował spotkania i konsultacje, jednak – jego zdaniem – często spotykał się jedynie z krytyką.
– Zawsze byliśmy otwarci na państwa pomysły. Muszę przyznać, że tych pomysłów nie było zbyt wiele. Często słyszeliśmy: “jesteście urzędnikami, wymyślcie coś, bo nam się to nie podoba”. To nie popycha spraw do przodu. Państwo wpisali do budżetu blisko 80 punktów inwestycyjnych. To ogrom pracy dla wydziałów. Mimo wszystko przygotowywaliśmy kolejne koncepcje. Uważam, że to był wyraz naszej dobrej woli.
Jednocześnie burmistrz przyznał, że sam również bywa rozczarowany efektami współpracy z radnymi. – Pomimo tego organizujemy i nadal będziemy organizować takie spotkania, bo wierzę, że ma to sens.
„Po takich słowach trudno zaufać”
Jednym z pierwszych radnych, którzy zabrali głos, był Michał Mielcarz. Zwrócił uwagę, że podczas debaty nie jest oceniana praca urzędników. – To kapitan określa kierunek działania. Pracownicy muszą ten kierunek realizować. Pracowników bardzo doceniamy i myślę, że to nie tylko moja opinia – powiedział.
Następnie przypomniał fragment jednego z wcześniejszych wywiadów burmistrza, w którym ten mówił o radnych klubu WIS – Masz Wybór. – Powiedział pan, że konsultowanie z nami czegokolwiek nie ma najmniejszego sensu. To opinia bardzo krzywdząca i po takich słowach trudno mi dziś obdarzyć pana zaufaniem.
Piotr Płochocki odpowiedział, że była to również forma jego rozczarowania po rozpadzie koalicji. – Może te słowa państwa ubodły, ale miały też taki cel. Jakkolwiek jesteśmy dziś po dwóch stronach barykady, moje drzwi cały czas są dla państwa otwarte. Z jakiegoś powodu część z państwa do mnie przychodzi, a część nie. To był również wyraz mojego rozczarowania, ale gotowość do współpracy nadal deklaruję.
„Ja głosowałam sercem”
Do ubiegłorocznego głosowania wróciła także Monika Bieżuńska. Radna odniosła się do sugestii burmistrza, że część radnych rok wcześniej poparła go wyłącznie dlatego, że tworzyli wspólną koalicję. – Chcę pana rozczarować. Ja głosowałam sercem. Nie skreślam ludzi na początku, chcę dać im szansę i taką szansę panu dałam. Dzisiaj z czystym sumieniem zagłosuję tak, jak podpowiada mi rozum. Naprawdę wierzyłam, że wspólnie zrobimy dużo dobrych rzeczy dla naszej gminy. Nadal wierzę, że kiedyś tak będzie, ale mam nadzieję, że po tej sesji weźmie pan sobie do serca nasze uwagi i spróbuje wyciągnąć z nich wnioski.
Kolejne wypowiedzi coraz częściej schodziły z poziomu oceny dokumentów na ocenę sposobu zarządzania urzędem, relacji z pracownikami i wzajemnego zaufania. Prawdziwa burza miała jednak dopiero nadejść.
Coraz mniej o raporcie, coraz więcej o ludziach
Coraz częściej rozmowa schodziła na to, jak wygląda codzienna współpraca burmistrza z radnymi i urzędnikami. Padały zarzuty dotyczące organizacji pracy, komunikacji i atmosfery w magistracie. Jednym z najostrzejszych krytyków był radny Waldemar Karłowicz.
Najpierw odniósł się do powtarzanych przez burmistrza słów, że radni często odpowiadają na propozycje urzędu „nie, bo nie”. – Nie przypominam sobie takiego przypadku. Nie było sytuacji, że mówiliśmy „nie, bo nie”. Dobrym przykładem jest regulamin świetlic. Na początku mieliśmy zastrzeżenia, ale po dopracowaniu dokumentu uchwałę przyjęliśmy. Mówienie, że radni stawiają się w pozycji oportunistów czy pieniaczy, jest po prostu nie w porządku – mówił.
– Dużo pan mówi o wyciągniętej ręce i spotkaniach. Tylko ja się zastanawiam, po co mam na nie chodzić. One nic nie wnoszą. Nic. Pan po prostu nie umie tych spotkań zorganizować. Nie umie pan rozdzielić zadań, a później ich wyegzekwować. Często jesteśmy stawiani jako radni w kontrze do urzędników, a tak naprawdę to urzędnicy zbierają cięgi za pańskie działania albo ich brak.
Jako przykład podał dyskusję dotyczącą połączenia Szkoły Podstawowej nr 2 z Przedszkolem nr 4. Jak mówił, podczas spotkań przedstawiano kolejne koncepcje, jednak – jego zdaniem – ostatecznie okazywało się, że urząd i tak realizuje wcześniej przygotowany wariant. Wymieniał kolejne sprawy, które – według niego – utknęły w miejscu: uchwałę krajobrazową, zagospodarowanie terenu przy SP nr 5, stadion czy brak naczelnika wydziału promocji.
– Dlaczego mamy kolejne nieudane nabory na ważne stanowiska? Słyszymy, że to wina kilku radnych. Nie bardzo w to wierzę. Nie zmierza to wszystko w dobrą stronę.
„Ludzie odchodzą, bo nie chcą mieć z panem do czynienia”
Piotr Płochocki odpowiedział, że problemy kadrowe nie wynikają wyłącznie z rynku pracy. – Rozmawiam z pracownikami na bieżąco i jeśli miałbym wskazać jeden główny powód, to ludzie odchodzą, bo nie chcą mieć do czynienia z kimś, kto zachowuje się tak jak pan. Tak mi mówią. Wiem, że wskutek pana działań napsuje pan tym ludziom tyle krwi, że oni po prostu dlatego odchodzą. Dlatego odszedł naczelnik Garbarczyk, dlatego odchodzi Żaneta Kozak i nie wiem, czy to jest koniec.
Karłowicz odpowiedział z ironią. – Jestem wdzięczny, że mamy zdiagnozowany największy problem naszej gminy – radny Waldemar Karłowicz. Jeżeli ja jestem przeszkodą, mogę się nie odzywać, mogę nie uczestniczyć w posiedzeniach. Jeśli to uzdrowi sytuację w gminie, moja osoba przeszkodą nie będzie.
Przewodniczący Adam Szczerba przypomniał, że przez trzynaście lat sam był radnym opozycyjnym. – Poprzedni burmistrz na moje pytania również reagował emocjonalnie, ale urzędnicy jakoś to wytrzymywali.
Żaneta Kozak: „Bardzo proszę, nie wykorzystujcie mojej osoby”
Po słowach burmistrza radny Paweł Zawadzki zwrócił się bezpośrednio do odchodzącej z urzędu Żanety Kozak. – Czy to ja jestem przyczyną tego, że pani odchodzi z urzędu?
– Nie chciałbym, żebyśmy stawiali urzędników w kłopotliwej sytuacji - zareagował burmitrz.
Kilka minut później sama Żaneta Kozak poprosiła o głos. Wyraźnie poruszona, z trudem ukrywając emocje, zaapelowała, by nie łączyć jej decyzji zawodowych z politycznym sporem.
– W życiu każdego z nas przychodzi moment na zmiany. Ten czas przyszedł na mnie. Bardzo proszę, aby sesja nie była miejscem roztrząsania powodów mojego odejścia. Ten urząd to połowa mojego życia. Dzisiaj przyszedł czas na zmianę. Idę dalej. Bardzo proszę o niewykorzystywanie mojej osoby w takich dyskusjach. Moje decyzje są moją sprawą. Chciałabym tylko podziękować za współpracę i życzyć państwu mądrych decyzji podejmowanych w atmosferze dialogu i wzajemnego szacunku.
Po jej wystąpieniu Paweł Zawadzki przeprosił za zadane pytanie. Podkreślił, że wykonując mandat radnego stara się rzetelnie kontrolować działania urzędu, a jeśli jego pytania zostały odebrane jako atak personalny, nie taki był ich cel.
„Musimy pytać”
W obronie prawa radnych do zadawania pytań urzędnikom stanęły Monika Bieżuńska i Justyna Tchórzewska. – To nasz obowiązek. Nas, tak jak burmistrza, wybrali mieszkańcy. Jeżeli w urzędzie są problemy kadrowe, warto zastanowić się nad organizacją pracy i przepływem informacji. My często dowiadujemy się o niektórych sprawach z lokalnej prasy.
– Radni od tego są, żeby pytać. Dysponujemy publicznymi pieniędzmi i mamy obowiązek pytać oraz dociekać. Tak wygląda nasza praca - mówiła. Justyna Tchórzewska.
Burmistrz odpowiadał, że nie kwestionuje prawa radnych do kontroli, ale zwraca uwagę na skalę i moment zadawania pytań. – Ja nie mówię, żeby nie pytać. Chodzi o wyczucie sytuacji. Jeżeli dokładacie inwestycji, a później wpływa jedna interpelacja, druga, szesnasta, to nie dziwcie się później, że czegoś nie udało się zrealizować.
Adam Szczerba skomentował krótko. – Rada ustala budżet. Nie odpowiada za organizację urzędu. To pan odpowiada za organizację pracy i nie może pan przerzucać tej odpowiedzialności na radnych.
„Ładnie pan mówi, ale…”
Jednym z najmocniejszych wystąpień była wypowiedź Joanny Kuleszy. Przyznała, że uważa Piotra Płochockiego za człowieka inteligentnego i dobrze przygotowanego merytorycznie, jednak po chwili przeszła do zdecydowanej krytyki.
– Zachodzę w głowę od ponad roku, dlaczego to nie działa. Bardzo ładnie pan mówi, niestety za tym nie idą działania. W mojej ocenie nie liczy się pan z głosami mieszkańców. Za każdym razem, kiedy radny zwraca uwagę, nic pan z tym nie robi. Brakuje panu ewidentnie pokory. Zamiast przemyśleć krytyczne głosy, pan wyciąga działa i bombarduje dalej po swojemu.
Na zakończenie dodała, że nadal wierzy, iż kiedyś uda się zbudować dobrą współpracę. – Tylko dobra współpraca nie polega na tym, że jedna osoba zgadza się na wszystko, czego chce druga.
„Ta manipulacja mnie zabolała”
Do wcześniejszych słów burmistrza wrócił także Adam Wrzosek. – Rozumiem, że manipulacja jest środkiem, którego czasami wszyscy używamy, ale ta manipulacja mnie zabolała. Próbuje pan wywrzeć presję na radnych, sugerując, że to przez nas odchodzą urzędnicy. Ja współpracuję z naczelnikami i nigdy nie miałem z tym problemu. Pan jest sternikiem tego okrętu. Ci ludzie wcześniej również tutaj pracowali i urząd funkcjonował.
Coraz mniej mówiono o wskaźnikach, dokumentach i inwestycjach, a coraz więcej o relacjach, zaufaniu i odpowiedzialności za atmosferę w urzędzie. Niedługo później rozmowa zeszła na temat, który od miesięcy dzieli nie tylko radnych, ale także mieszkańców – Bug Nature Festival.
Ponownie o Festiwalu
Dyskusja o Bug Nature Festival szybko przestała dotyczyć wyłącznie samego wydarzenia. Stała się rozmową o podejmowaniu decyzji, odpowiedzialności za publiczne pieniądze i sposobie zarządzania gminą. Piotr Płochocki przyznał, że nie spodziewał się, iż temat ponownie zdominuje obrady. Przekonywał, że decyzja o częściowym biletowaniu festiwalu nie była ani przypadkowa, ani podyktowana chęcią zarobku.
– To nie jest tak, że ja sobie z sufitu wymyśliłem, że festiwal ma być płatny. Wielokrotnie omawialiśmy ten temat w gronie urzędników. To była trudna decyzja, ale nie wynikła ze złej woli, tylko z potrzeby odnalezienia się w zmieniających się realiach.
Burmistrz wskazał trzy główne argumenty. Po pierwsze – kwestie bezpieczeństwa i rosnące koszty organizacji imprezy masowej. Po drugie – większą przewidywalność frekwencji. Jak tłumaczył, osoba, która kupuje bilet, z większym prawdopodobieństwem pojawi się na koncercie niezależnie od pogody. Po trzecie – zmieniający się rynek muzyczny.
– Coraz mniej znanych wykonawców występuje na darmowych imprezach. Rynek przez ostatnie lata bardzo się zmienił.
Dodał również, że urząd wyciągnął wnioski z ubiegłorocznej dyskusji. – Podzieliliśmy festiwal na dzień płatny i dni bezpłatne. Uważam, że wsłuchaliśmy się w państwa głosy i dokonaliśmy refleksji.
Stanowisko burmistrza poparł zastępca burmistrza Artur Laskowski, który odwoływał się do własnego doświadczenia organizacyjnego. – Coraz mniej artystów chce występować na bezpłatnych imprezach. Wielu wykonawców oczekuje świadomej publiczności, która przychodzi właśnie na ich koncert.
„To się po prostu nie sprawdziło”
Takiej argumentacji nie podzielali radni. Adam Szczerba przypomniał, że Rada Miejska od początku sceptycznie podchodziła do pomysłu biletowanego festiwalu. – Było jednoznaczne stanowisko Rady. Pan burmistrz wyciągnął z niego tylko tyle, że podzielił imprezę na część płatną i bezpłatną.
Paweł Zawadzki zwrócił uwagę na frekwencję. – Byłem na poprzednich edycjach. Z naszych szacunków wynika, że na bezpłatnym festiwalu mieszkańców było trzy, a nawet cztery razy więcej. Założenie, że bilety zwiększą frekwencję, okazało się błędne. Następnie zapytał, ile biletów sprzedano na tegoroczną edycję. Burmistrz odpowiedział, że nie zna aktualnej liczby sprzedanych wejściówek. Wyjaśnił, że za ten obszar odpowiada zespół organizacyjny oraz pełnomocnik ds. promocji.
– Nie monitoruję na bieżąco sprzedaży biletów. Można o to zapytać osoby, które bezpośrednio się tym zajmują.
Takie wyjaśnienie nie zadowoliło radnych. Adam Szczerba uznał, że odpowiedzialność za organizację wydarzenia spoczywa ostatecznie na burmistrzu. – Tak nie powinno to funkcjonować. Rozmycie odpowiedzialności jest straszliwe.
– Można było w tym czasie napisać trzy SMS-y do pełnomocnik albo dyrektora WOK „Hutnik” i po prostu dowiedzieć się, ile tych biletów zostało sprzedanych. To chyba nie przekracza możliwości - mówiła z kolei Katarzyna Wysocka.
Jednocześnie skrytykowała wcześniejszą odpowiedź burmistrza skierowaną do Pawła Zawadzkiego. – Jesteśmy radnymi. Nie jestem architektem, a wypowiadam się o inwestycjach. Nie jestem nauczycielem, a oceniam oświatę. Nie można mówić radnemu, że nie powinien się wypowiadać, bo czegoś nie organizował.
Piotr Płochocki odpowiedział, że jego słowa zostały nadinterpretowane. – Nie powiedziałem, że ktoś nie powinien się wypowiadać. Powiedziałem jedynie, że przydaje się doświadczenie, żeby kategorycznie formułować pewne sądy.
Wyjaśniał również, dlaczego nie próbował w trakcie sesji zdobyć informacji o sprzedaży biletów. – Mam zasadę, że kiedy z kimś rozmawiam, to go słucham. Nie prowadzę jednocześnie kilku rozmów, nie piszę SMS-ów. Tak zostałem nauczony.
Paweł Zawadzki przypomniał, że jego zdaniem nie jest to wyłącznie dyskusja o festiwalu. – To nie są pieniądze pana ani urzędu. To są pieniądze mieszkańców. Z naszych obliczeń wynika, że gmina dołożyła do wydarzenia około 600–700 tysięcy złotych. To bardzo duże środki. Radny zwrócił również uwagę na wcześniejszą odpowiedź urzędu dotyczącą kosztów wydarzenia. – Nie wyobrażam sobie organizowania imprezy za takie pieniądze bez szczegółowego zestawienia kosztów i źródeł finansowania.
Burmistrz odparł krótko. – Tegorocznej imprezie bardzo, bardzo daleko do miliona złotych.
Do dyskusji włączył się także Radosław Biernacki. Jego zdaniem, jeśli wydarzenie ma charakter komercyjny i jest biletowane, powinno w większym stopniu opierać się na finansowaniu zewnętrznym. Jako przykład podał MAZOpiknik w Somiance organizowany przy wsparciu samorządu województwa.
Piotr Płochocki przyznał, że nie ma w tej chwili wiedzy, czy gmina wcześniej występowała o podobną współpracę. Artur Laskowski poinformował natomiast, że prowadzone są rozmowy i niewykluczone, że w przyszłości MAZOpiknik odbędzie się również w Wyszkowie.
Monika Bieżuńska zwróciła uwagę, że wokół Bug Nature Festival narosło już zbyt wiele negatywnych emocji. Jej zdaniem warto pomyśleć o formule wydarzenia, która jeszcze szerzej angażowałaby mieszkańców, organizacje społeczne i różne gusta muzyczne.
„Jak ktoś z boku by patrzył…”
Całą dyskusję burmistrz podsumował: – Jak ktoś z boku by patrzył, to wygląda to tak, jakby tu były same zgliszcza. Nikt nie chce tu pracować, budżet się nie zgadza, burmistrz nie przychodzi do pracy. A przecież mamy dobre wyniki finansowe, poza BNF organizujemy około czterdziestu innych wydarzeń, sukces naszego systemu gospodarowania odpadami jest zauważany w całej Polsce. Chociażby zmiana formuły festiwalu pokazuje, że słucham państwa uwag. Ja państwu ufam i oczekuję, że państwo również będą ufać mnie.
W imieniu Klubu Radnych Wspólnoty Samorządowej Wyszków stanowisko przedstawił Radosław Biernacki. Podkreślił, że odpowiedzialność za obecną sytuację ponosi nie tylko burmistrz, ale również radni wybrani z jego komitetu, którzy jeszcze niedawno tworzyli wspólne zaplecze polityczne.
– Zamiast współpracy obserwujemy wzajemne oskarżenia i spory o kierunki rozwoju gminy. Ten konflikt osłabia samorząd i odsuwa na dalszy plan sprawy mieszkańców – mówił.
Radny zwrócił również uwagę na kolejne odejścia doświadczonych pracowników z Urzędu Miejskiego oraz potrzebę odbudowania współpracy ponad politycznymi podziałami.
W emocjonalnej dyskusji głos zabrał również radny Marcin Turowski, który – jako przedstawiciel klubu niebędącego stroną sporu – zaapelował do obu stron o zakończenie konfliktu. Podkreślał, że mieszkańców nie interesuje wzajemne przerzucanie się odpowiedzialnością, lecz sprawnie funkcjonujący samorząd. – Usiądźcie do rozmów. Zamknijcie się w pokoju i rozmawiajcie tak długo, aż będzie widać biały dym – mówił. Na te słowa Waldemar Karłowicz rzucił krótką ripostę: – Biały dym to nowy wybór. – Kwestia interpretacji. Dla mnie biały dym oznacza porozumienie – odpowiedział Turowski, ponawiając apel o odbudowę współpracy.
Wynik okazał się jednoznaczny. Za udzieleniem wotum nie zagłosował żaden z 18 obecnych radnych. Przeciw było 10 radnych, a 8 wstrzymało się od głosu. Tym samym Rada Miejska nie udzieliła burmistrzowi wotum zaufania.
Nadwyżka czy niewykonane inwestycje?
Dochody gminy zaplanowano na około 301 mln zł, wykonano blisko 297 mln zł, czyli 98,79 proc. planu. Wydatki wyniosły około 284 mln zł przy planie przekraczającym 312 mln zł. Rok zakończył się nadwyżką budżetową wynoszącą około 13,3 mln zł, choć pierwotnie zakładano ponad 10-milionowy deficyt.
Dla burmistrza i jego współpracowników był to dowód stabilności finansowej gminy. Dla komisji rewizyjnej – przede wszystkim efekt niezrealizowania części zaplanowanych inwestycji. Negatywną opinię komisji przedstawiała Joanna Kulesza.
W uzasadnieniu wskazano między innymi niski poziom realizacji inwestycji drogowych, budowy PSZOK-u, modernizacji stadionu, budowy kortów tenisowych czy części zadań infrastrukturalnych.
Zdaniem komisji ponad 11 milionów złotych zaplanowanych na inwestycje nie zostało wydanych zgodnie z planem, a dodatni wynik budżetu nie świadczy o skutecznym zarządzaniu finansami, lecz właśnie o niewykonaniu części zaplanowanych zadań.
Do tego dołożono zarzuty dotyczące niewykorzystania części środków pochodzących z opłat za sprzedaż alkoholu oraz ponownie wrócono do kosztów organizacji Bug Nature Festival.
Istotnym elementem dyskusji była opinia Regionalnej Izby Obrachunkowej, która negatywnie oceniła wniosek komisji rewizyjnej o nieudzielenie absolutorium. To wywołało kolejną wielowątkową dyskusję.
Skarbnik gminy Anna Osowiecka przekonywała, że zarzuty komisji są niewspółmierne do całości wykonania budżetu. – Na podstawie marginalnych zarzutów nie udzielać absolutorium? Zarzuty zgodnie z ustawą powinny być znaczące i udowodnione. Tego w protokole komisji nie było i właśnie dlatego Regionalna Izba Obrachunkowa zakwestionowała ten wniosek. Jak mogliśmy wybudować stadion za sto tysięcy złotych? Może z klocków LEGO? Za te środki wykonaliśmy aktualizację dokumentacji.
Adam Szczerba odpowiedział, że nikt nie oczekiwał wybudowania stadionu za taką kwotę. – Nikt nie mówił o budowie stadionu za sto tysięcy. Gdyby w budżecie zapisano aktualizację dokumentacji projektowej, tak by zostało. Faktem jest jednak, że zadanie zapisane w budżecie nie zostało zrealizowane.
W trakcie dyskusji mecenas Sylwia Sendrowicz przypomniała, że absolutorium nie jest oceną pojedynczych inwestycji, lecz całości wykonania budżetu i przestrzegania zasad gospodarki finansowej. Nie zakończyło to jednak sporu.
ArchiForum – inspiracja czy stracony czas?
Do dyskusji wrócił również temat ArchiForum, które od wielu miesięcy dzieli radnych. Komisja rewizyjna wskazywała, że wydarzenie nie przyniosło efektu w postaci konkretnej koncepcji modernizacji stadionu.
Piotr Płochocki zdecydowanie się z tym nie zgodził. – Nie rozumiem negatywnego podejścia do ArchiForum. To nie była okazja, żeby wykopać darmowy projekt stadionu. To była możliwość spojrzenia świeżym okiem na przestrzeń miasta. Negowanie ArchiForum jest jak negowanie czytania książek. To była intelektualna przygoda.
Paweł Zawadzki odpowiedział krótko. – Byłem tam przez kilka godzin. Dla mnie ten czas był stracony. To nie była żadna intelektualna przygoda, tylko męczarnia. Minęło już pół roku i nadal nie wiemy, jakie konkretne korzyści mają z tego mieszkańcy.
Adam Szczerba zwracał uwagę, że radni przez wiele miesięcy słyszeli, iż właśnie ArchiForum ma pomóc wypracować kierunek przebudowy stadionu. – Nikt nie neguje rozmów ze studentami. Problem polega na tym, że nadal nie mamy konkretnego rozwiązania.
Korty, stadion i… brak decyzji
Kolejnym symbolem sporów stały się korty tenisowe. Waldemar Karłowicz przekonywał, że ich budowa jest jedną z najprostszych inwestycji sportowych, jakie można zrealizować. Przypominał, że pojawiła się możliwość pozyskania środków z Ministerstwa Sportu, jednak – jego zdaniem – zabrakło decyzji, gdzie korty mają powstać. – Straciliśmy rok. Nie dlatego, że zabrakło pieniędzy, ale dlatego, że nie było decyzji.
Piotr Płochocki odpowiadał, że problem jest bardziej złożony. Przekonywał, że najpierw należy wypracować kompleksową koncepcję stadionu, a dopiero później podejmować decyzje dotyczące lokalizacji poszczególnych obiektów. – To była nasza wspólna decyzja. Szukaliśmy najlepszego rozwiązania.
„Jest pan bardzo surowym sędzią”
Wiceburmistrz Artur Laskowski zwrócił uwagę, że pojedyncze niezrealizowane zadania nie powinny przesłaniać całości wykonania budżetu. – Można bardzo dobrze zrealizować budżet, a pojedyncze kwestie powodują, że rada chce odmówić absolutorium. Jest pan bardzo surowym sędzią – powiedział, zwracając się do przewodniczącego.
Ostatecznie także to głosowanie przeszło do historii wyszkowskiego samorządu. Za uchwałą o nieudzieleniu absolutorium zagłosowało ośmiu radnych. Czterech było przeciw. Sześciu wstrzymało się od głosu.
Do podjęcia uchwały potrzebna była bezwzględna większość ustawowego składu rady. Nie została osiągnięta. W efekcie absolutorium nie zostało ani udzielone, ani formalnie nie zostało burmistrzowi odebrane.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze