Kilka godzin przed meczem z PAF Płońsk odwiedziliśmy siedzibę Bugu Wyszków i porozmawialiśmy z Krzysztofem Maciakiem - grającym trenerem zespołu. W rozmowie pojawiają się zarówno tematy stricte piłkarskie, jak i bardziej osobiste. Maciak wraca do swoich początków i piłkarskich inspiracji z dzieciństwa, wspomina m.in. Stevena Gerrarda i Jerzego Dudka. Dużo miejsca poświęcamy też budowie drużyny w Bugu Wyszków opartej na lokalnych zawodnikach, młodzieży i wzajemnym zaufaniu. Pojawiają się wątki jedności w szatni, odpowiedzialności za rozwój piłkarzy oraz podejścia, w którym ważniejszy jest proces niż szybkie efekty. Jak wygląda łączenie roli trenera i zawodnika w praktyce i co dla Krzysztofa Maciaka jest dziś największą siłą zespołu?
Panie trenerze, spotykamy się kilka dni po porażce na wyjeździe z Huraganem Wołomin 2:3. To na pewno bardzo bolesny wynik. Dwukrotnie wychodziliście na prowadzenie, jednak rywale za każdym razem potrafili wrócić do gry, by ostatecznie zadać decydujący cios w 90. minucie. Co pana zdaniem zadecydowało o tym, że mimo takiego przebiegu spotkania nie udało się dowieźć korzystnego wyniku do końca?
Na pewno nie pomogły nam kontuzje, które pojawiły się już w pierwszej połowie. Piotrek Połodziuk mógł zagrać tylko około 30 minut - zaczynał mecz z lekkim urazem, obawialiśmy się o jego zdrowie, ale bardzo chciał wystąpić. Do tego doszedł uraz Przemka Nasiadki, ponownie złamany nos. Straciliśmy więc dwóch podstawowych napastników, którzy są dla nas bardzo ważni, bo wywierają presję na obrońcach rywali. W drugiej połowie prowadziliśmy 2:1 i czuliśmy, że jeśli dobrze się zabezpieczymy, to dowieziemy wynik. Niestety było widać spadek naszej intensywności w grze bez piłki. Przeciwnik dokonał wielu zmian, podkręcił tempo i doprowadził do wyrównania w 70. minucie. Później długo się broniliśmy, ale w końcówce pojawił się błąd indywidualny i straciliśmy trzecią bramkę. To bardzo przykra sytuacja, ale takie mecze się zdarzają - wcześniej to my potrafiliśmy wygrywać w końcówkach, tym razem los nam to zabrał. Mimo wszystko możemy być z siebie dumni, bo zostawiliśmy dużo zdrowia na bardzo trudnym terenie, gdzie Wołomin zdobywa większość swoich punktów.
Przed wami mecz z PAF Płońsk - bezpośrednim sąsiadem w tabeli. To jedna z ostatnich okazji, by powalczyć o coś więcej niż ósme miejsce na koniec sezonu. Przede wszystkim, jaki jest plan na ten mecz? W takim momencie sezonu większe znaczenie będzie miała jakość piłkarska, czy raczej mentalność i umiejętność wytrzymania presji?
Przystępujemy do tego spotkania trochę osłabieni kadrowo i mimo że to nasz sąsiad w tabeli, nie skupiamy się na miejscach. Od początku naszym celem było utrzymanie w piątej lidze, wiedząc, z jakimi ograniczeniami startowaliśmy i jak wyglądała sytuacja kadrowa, szczególnie przez kontuzje. Dlatego podchodzimy do rozgrywek mecz po meczu - najważniejsze jest dla nas zawsze najbliższe spotkanie. Jeśli chodzi o Płońsk, to bardzo dobry zespół, co potwierdził na wiosnę, zdobywając dużą liczbę punktów. To drużyna mocna fizycznie, grająca bezpośrednio, więc na pewno czeka nas trudny mecz. Gramy jednak u siebie i chcemy pokazać się z dobrej strony. Nie chcemy dać się zdominować fizycznie, tylko poszukać swoich szans. Liczę, że zawodnicy, którzy wyjdą w pierwszym składzie, dobrze wywiążą się ze swoich zadań.
Pełni pan w Bugu Wyszków rolę grającego trenera. Jak odnajduje się pan w tej podwójnej funkcji i czy podczas meczu łatwo jest pogodzić grę na boisku z jednoczesnym analizowaniem sytuacji z perspektywy szkoleniowca?
Nie jest to łatwe i nie będę udawał, że jest inaczej. Łączenie roli zawodnika i trenera jest mocno wymagające, choć już wcześniej, będąc tylko zawodnikiem, starałem się wspierać trenera i przekazywać swoje uwagi z boiska. Miałem świadomość, na jaką rolę się decyduję, dlatego poprosiłem, aby do sztabu dołączyli Łukasz Damętko i Arkadiusz Mielczarczyk, żeby mieć wsparcie z ławki. Dodatkowo obowiązki jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne przypadły Piotrkowi Połodziukowi, któremu bardzo ufam i współpracuje z nim już kilka lat. W każdej wolnej chwili wszyscy staramy się szybko komunikować, żeby wprowadzać poprawki, a w przerwie mamy czas na wymianę spostrzeżeń i ewentualne zmiany w grze. Chciałbym również wspomnieć o trenerze Gurladze, który pracuje z bramkarzami i jego opinia dużo dla mnie znaczy.
Czy zdarzało się, że pełnienie podwójnej roli trenera i zawodnika wprowadzało niepotrzebny chaos, który skutkował negatywnymi sytuacjami na boisku?
Negatywnych sytuacji nie było. Drużyna ma świadomość tego, jak wygląda taka rola, więc każdy jest wyrozumiały, jeśli czasami potrzebuję chwili na podjęcie decyzji. Zawodnicy mi zaufali, a nam wszystkim przyświeca tylko dobro klubu. Przed rozpoczęciem rundy wiosennej mieliśmy też spotkanie organizacyjne, podczas którego każdy ze sztabu omówił swoją rolę i zakres obowiązków. Ta świadomość jest w drużynie mocno zbudowana - zawodnicy są oddani, nie ma sytuacji, że ktoś kręci głową czy wyraża niezadowolenie. Wszyscy chcą, żeby klub osiągał dobre wyniki.
Klub stawia teraz na lokalnych zawodników i wychowanków, a większość pierwszej drużyny ma odzwierciedlać tożsamość Wyszkowa. Jak pan jako trener odbiera ten kierunek i jaki ma on wpływ na codzienną pracę w zespole?
Wydaje mi się, że to bardzo słuszny kierunek, zwłaszcza że Wyszków od wielu lat, a wręcz od pokoleń, żyje piłką nożną. Szkoda, że w przeszłości nasze podejście zmieniało się kilka razy, mieliśmy zdolną młodzież, ale czasami brakowało nam cierpliwości i woleliśmy inwestować w zawodników z zewnątrz, by później znów wracać do lokalnych graczy. Każdy oczywiście myślał o rozwoju klubu, więc nie można mieć do nikogo pretensji. Problem w niższych ligach jest taki, że jeśli naprawdę chcemy promować wychowanków, musimy dawać im realną szansę gry. Same słowa o możliwościach nie wystarczą. Dzisiaj możemy naprawdę postawić na młodych zawodników - wielu z nich, nawet w wieku 15-16 lat, trenuje z nami, grało w sparingach i zostało zgłoszonych do rozgrywek. Jeśli nadejdzie odpowiedni moment, nie będziemy się bali zaryzykować i pokazać im, jak wygląda piłka seniorska w praktyce.
A widzi pan, że z perspektywy najbliższych pięciu lat istnieje realna szansa na awans do czwartej ligi?
W tym momencie nasz zespół jest w fazie budowy. Dbamy o to by to zawodnicy lokalni stanowili o jej sile. Dodatkowo chcemy wprowadzać młodych zawodników, bo to w nich może tkwić największa moc. Taki zawodnik jest chętny do rozwoju i głodny sukcesów. Nie mamy takich aspiracji jeśli chodzi nawet o najbliższy sezon. Chcemy jednak świadomie budować drużynę i poprawiać jej jakość. Jeśli uznamy, że jesteśmy gotowi by iść krok dalej to na pewno spróbujemy w przyszłości powalczyć o IV ligę.
Patrząc na obecną kadrę Bugu Wyszków, gdzie widzi pan największy potencjał drużyny i które elementy gry uważa pan za najmocniejsze?
Naszym największym atutem jest przede wszystkim to, że się wspieramy i to widać od samego początku. Jesteśmy świadomi, że może nie mamy najlepszych zawodników w lidze na każdej pozycji, ale jako drużyna jesteśmy bardzo zgrani, zżyci ze sobą i gotowi do poświęceń. I to sprawia, że ciężko się z nami gra - mogą to potwierdzić przeciwnicy z rundy wiosennej. Ta jedność to zdecydowanie nasza największa siła. Jeśli chodzi o poszczególne elementy, dobrze funkcjonujemy w bocznych sektorach, a także w obronie niskiej, gdzie potrafimy dobrze się ustawić i nie dopuszczać do wielu sytuacji. Mamy swój styl – oparty głównie na bronieniu i szukaniu faz przejściowych do ataku. Natomiast kiedy rywal oddaje nam piłkę, mamy też przygotowane schematy, żeby dobrze zbudować atak i skutecznie go zakończyć.
W jakiej formacji Bug Wyszków spisuje się najlepiej?
Nasz system gry jest elastyczny i dostosowujemy się do sytuacji. Potrafimy grać w ustawieniu z trójką, czwórką, a nawet piątką obrońców, więc nie mamy problemu z różnymi wariantami. Taktykę dobieramy przede wszystkim pod kątem przeciwnika i tego, jak chcemy atakować. Zawodnicy są świadomi swoich zadań i potrafią grać zarówno szerzej, jak i bliżej środka w zależności od potrzeb na boisku.
Czy w obecnym sezonie jest zawodnik, który szczególnie zaskoczył swoim rozwojem oraz postawą na treningach i w meczach?
Jeśli chodzi o zaskoczenia, to raczej nie. Ja jestem świadomy potencjału zawodników, bo z częścią z nich gram już kilka sezonów. Natomiast jeśli miałbym kogoś wskazać, to na pewno Alan Balcer, który najwięcej zyskał dzięki temu, że dostał od nas zaufanie i regularne minuty. Od zawsze miał duży potencjał motoryczny i dobrą lewą nogę, ale jego występy były wcześniej przeplatane, brakowało też większego zaufania ze strony poprzednich trenerów. My postawiliśmy na niego od początku i on się po prostu odwdzięcza – dobrą grą, zaangażowaniem i dużą ilością minut na boisku. Na pewno cieszą też powroty bardziej doświadczonych zawodników, którzy dołączyli w ostatniej chwili, jak Kuba Rejnuś i Szymon Salwin. To gracze z przeszłością w czwartej lidze w naszych barwach, którzy swoim doświadczeniem bardzo pomagają, szczególnie młodszym zawodnikom, których mamy sporo.
Wspomniał pan wcześniej o problemach zdrowotnych w zespole, jak obecnie wygląda sytuacja z kontuzjami?
Kontuzje są niestety dość poważne, szczególnie że dotyczą zawodników, którzy stanowili o sile zespołu i spokojnie mogli być liderami na swoich pozycjach, a nawet w całej drużynie. Mówię tu o Alanie Krawczyku, bardzo ważnej postaci dla nas, oraz Nikodemie de Sousie Costa, który ma duże umiejętności, szczególnie ofensywne. Na pewno brakuje nam ich jakości. Nie podchodziliśmy jednak do tego w ten sposób, żeby zastanawiać się, co będzie bez nich, tylko szukaliśmy rozwiązań, zastępstw i innego sposobu gry, tak żeby te ubytki nie były aż tak widoczne. Jak pokazują wyniki, do tej pory całkiem nieźle nam się to udaje. Życzę chłopakom szybkiego powrotu do zdrowia i bardzo liczę, że wrócą w pełni sił, z pasją i chęcią do gry, dalej reprezentując Bug Wyszków.
Jak wyglądała sytuacja związana z objęciem przez pana funkcji trenera Bugu Wyszków? Czy była to propozycja ze strony prezesa i zarządu klubu, czy sam zgłosił pan gotowość do objęcia tej roli?
Swoich aspiracji w tym zakresie nie zgłaszałem. Łączę wiele obowiązków, bo jestem też trenerem w akademii, prowadzę rocznik 2010, więc wolałem skupić się na tym procesie. Sytuacja w klubie wymagała jednak szybkiej decyzji. Podsuwałem dwa nazwiska na tę funkcję, ale ci trenerzy nie zgodzili się objąć posady. Wtedy powiedziałem, że mogę połączyć funkcję i pomagać jako trener-zawodnik. Duża grupa osób w klubie wskazała, że to dobry moment, żeby mi zaufać. Gdy więc okazało się, że nie ma innych możliwości i trzeba pomóc drużynie, zgodziłem się na propozycję objęcia funkcji. To dla mnie super doświadczenie, z którego mogę dużo wynieść. Trzeba się z tym zmierzyć i jestem gotowy do pracy.
Czy decyzja zarządu o powierzeniu tej roli była dla pana zaskoczeniem?
Byłem trochę zdziwiony, bo łączenie roli zawodnika i trenera nie jest łatwe. Jednocześnie widzę dużą wiarę i zaufanie, jakie pokłada we mnie zarząd, i chcę to odwzajemnić. W drużynie nigdy nie mówiłem, że chcę budować własną karierę czy udawać wielkiego trenera. Zależy mi przede wszystkim, żeby swoją wiedzą i doświadczeniem pomóc zespołowi, tak aby wszystko funkcjonowało jak najlepiej. Chcemy działać w interesie klubu i naszych kibiców.
Jak ocenia pan relacje klubu z kibicami?
Nasi kibice są dla nas bardzo ważni, bo zupełnie inaczej gra się, kiedy widzi się znajome twarze, które potrafią pokonać nawet 100 km, żeby być z nami. Nie muszą krzyczeć, sama ich obecność i wsparcie dodaje nam sił. Cieszą się z goli, a po meczu są dla nas wsparciem, jeśli coś nie wyjdzie. Nawet później zdarza się, że dzwonią, żeby dodać otuchy i zachęcić, by się nie poddawać w trudniejszych momentach sezonu. To wsparcie jest naprawdę istotne, dlatego my staramy się odwdzięczyć dobrą grą, zaangażowaniem i podejściem na boisku, tak aby kibice mogli być z nas dumni.
Czy miał pan w dzieciństwie lub w młodości swoich piłkarskich idoli? Kto najbardziej pana inspirował?
Może zacznijmy od idoli. Gdy byłem młodym chłopakiem, który zakochał się w piłce w wieku około 6-7 lat, bardzo bliski memu sercu był Liverpool, angielski zespół. Pewnie miał na to wpływ Jerzy Dudek, który wtedy był bramkarzem. Sam też lubiłem bronić na bramce, ale szybko przeszedłem do gry w polu i zacząłem cieszyć się piłką oraz obserwować piłkarzy z pola. Największym moim idolem był długoletni kapitan Liverpoolu, Steven Gerrard. Nawet gdy klub nie zawsze znajdował się na szczycie, jego lojalność i oddanie pokazywały, że piłka to całe jego życie. Zawsze starał się dawać z siebie wszystko dla klubu, tak żeby przynosiło to sukcesy. To właśnie jego postawa była dla mnie największą inspiracją.
Czy fakt, że wspomina Pan o Stevenie Gerrardzie i Jerzym Dudku, oznacza, że jest Pan fanem Liverpoolu? Gdyby miał Pan możliwość trenować dowolny klub na świecie przez jeden dzień, czy byliby to piłkarze „The Reds”?
Nie mam ściśle określonych marzeń w tym zakresie. Raczej zależy mi na projekcie, który mnie przekona, niż na konkretnym klubie. Oczywiście miłość do Liverpoolu jest duża i gdyby pojawiła się odpowiednia szansa w przyszłości, byłoby to ogromne marzenie. Jednak samo lokalne środowisko, jak praca w klubie, który też kocham jak Bugu Wyszków, daje mi dużo satysfakcji. Gdybym miał pracować w innym klubie, ważne byłoby, żeby to był naprawdę dobry projekt, z pasją i odpowiednim otoczeniem, w którym czułbym, że to dobre miejsce dla piłki nożnej.
Jak dziś ocenia pan poziom polskiej piłki - zarówno Ekstraklasy, jak i niższych lig. Czy widać wyraźny rozwój w ostatnich latach?
Postęp jest naprawdę duży, co widać nawet w Europie. Jeśli nasze drużyny osiągają dobre wyniki, to nie jest przypadek. Organizacja gry w polskich klubach i poziom funkcjonowania tych klubów stoi na bardzo wysokim poziomie. Coraz lepsze są też warunki do treningu, szczególnie w ekstraklasie, co zdecydowanie idzie w dobrą stronę. Jedynym mankamentem jest to, że nadal za mało Polaków angażuje się na najwyższym poziomie, szczególnie młodych zawodników. Przykład Oskara, który przeszedł z Jagiellonii do Porto, pokazuje, że stawiając na młodego gracza, można naprawdę wiele zyskać. Szkoda, że mimo świadomości naszej pozycji w hierarchii europejskich lig, nie stawia się wystarczająco na swoich zawodników. Dając im szansę, moglibyśmy zwiększać nasze reprezentacyjne możliwości i poprawiać reputację polskiej piłki w Europie i na świecie. Większa wiara w młodych graczy na pewno przyniosłaby jeszcze lepsze efekty.
Na koniec - co chciałby pan przekazać kibicom Bugu Wyszków
Na pewno chciałbym zacząć od słów wdzięczności. Jestem bardzo wdzięczny naszym kibicom za to, że są z nami i, że czujemy ich wsparcie. Naprawdę nie pracujemy w złym środowisku. Mimo, że czasem pojawiają się mniejsze czy większe problemy, kibice pozostają lojalni i wierni, a ich dobre słowo naprawdę czuć i widać. Chcę ich też zachęcić, żeby dalej nas wspierali, zabierali ze sobą znajomych i przyjaciół na mecze oraz zarażali innych miłością do Bugu. Im nas więcej na trybunach, tym łatwiej będzie nam wszystkim razem osiągać dobre wyniki.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze