Na spotkanie z nowym zastępcą burmistrza Wyszkowa, Arturem Laskowskim, umówiliśmy się w jego gabinecie. Zaledwie cztery tygodnie wcześniej w tym samym miejscu rozmawialiśmy z jego poprzedniczką i burmistrzem. To właśnie wtedy poznaliśmy powody zmian i usłyszeliśmy wiele ciepłych słów pod adresem Artura Laskowskiego, który miał przejąć tę funkcję – a wraz z nią ten gabinet i odpowiedzialność. Pierwsza rozmowa? Piątek, 13., godzina 13. Czego mogliśmy się spodziewać? Tymczasem wiceburmistrz spokojnie odpowiadał na nasze pytania – niektóre zapewne niełatwe i niewygodne. Pokazał także bardziej prywatne oblicze: mówił o swoich pasjach, doświadczeniach, relacjach. Opowiedział, jak trafił do Wyszkowa, o rodzinie i najważniejszych życiowych oraz moralnych zasadach, które – jak podkreśla – pozostają niezmienne. O Wyszkowie mówi wprost: „Poczułem się jak u siebie”. A czego nowy wiceburmistrz boi się najbardziej?
Agnieszka Jaros: Panie burmistrzu… no właśnie, już „Panie burmistrzu” od kilku tygodni. Objął pan funkcję w momencie dużych zmian. Czy miał pan tego świadomość?
Zastępca Burmistrza Artur Laskowski: Przyznam szczerze, że się mocno nad tym nie zastanawiałem, bo można powiedzieć, że czasy, w których żyjemy, są wyjątkowe. Nie tylko jeśli chodzi o Wyszków, ale w ogóle. Ale też każde czasy są wyjątkowe i mogą być uznane za trudne. To dopiero później można ocenić, czy rzeczywiście były one trudne, czy nam się tylko tak wydawało.
Do każdego zadania, do którego przymierzałem się w życiu, pochodziłem na zasadzie zmierzenia się z wyzwaniem i zrealizowania przynajmniej jednej dobrej rzeczy. I tak samo do tego tutaj podchodzę. Nie ukrywam, że bardzo miło zaskoczyła mnie propozycja, która została mi złożona, i odczytuję to w kategorii zaufania, którym zostałem obdarzony, co jest bardzo poruszające. Bo jeżeli ludzie – czy burmistrz Piotr, czy pani pełnomocnik obecnie, a dopiero co zastępca burmistrza pani Alicja, którą znam dużo krócej – na podstawie spotkań, rozmów, tego, co razem robiliśmy, tego, jak im się wydaje, że pracuję, jak jestem w stanie się zachować, uznali, że będę dobrą osobą tutaj, która będzie pana burmistrza wspomagała, to nie ukrywam, że z jednej strony był stres, z drugiej strony było takie niedowierzanie: czy udźwignę ciężar odpowiedzialności? Czy sobie poradzę, tak po ludzku?
Ale z trzeciej strony nie mogłem nie skorzystać z tej szansy, bo to może być wyzwanie życia. To może być czymś, co mnie odmieni i ufam dobrze zaowocuje dla Wyszkowa. Oczywiście we współpracy z całą grupą ludzi, pracowników urzędu, inicjatorów pewnych przedsięwzięć, społeczników, przedsiębiorców, szefów jednostek organizacyjnych, szczególnie tych, które mi podlegają.
Czy długo zastanawiał się pan nad podjęciem tej decyzji i co było najważniejszym argumentem?
Nie, nie zastanawiałem się długo. Natomiast to, o czym pani wspomniała na początku, czyli powiedzmy jakaś „trudna sytuacja” czy „pewne skonfliktowanie” – bo to jest wyczuwalne, jakieś napięcia chociażby ze strony rady, radnych, jakieś oczekiwania, których się nie spełniło, z którymi szło się razem do wyborów – obaw o to nie miałem. Wiem, że nie da się wszystkiego zrobić. Nie mam złudzeń. Do tego, żeby coś zrobić, zawsze potrzeba zgody dwóch stron. Jestem osobą otwartą i też bardzo konsekwentną w tym, co robię. Jak już się na coś decyduję, staram się być osobą, która starannie wykonuje swoją pracę, mocno zaangażowaną.
Jedną z moich ważniejszych cech, o których myślę, że to zdecydowało o tym, dlaczego akurat pan burmistrz mnie wybrał, jest odpowiedzialność, lojalność i kreatywność. Jestem lojalnym człowiekiem. Wiem, kto wygrał wybory. Wiem, kto ma prawo, zgodnie z demokratycznym wyborem, podejmować decyzje. Będę to szanował. Jeżeli jakiś pomysł przyjdzie mi do głowy, a już kilka mam i zacząłem nawet wdrażać, to najpierw uzgadniam to z burmistrzem. Myślę, że radni, którzy chcą zmieniać rzeczywistość wyszkowską, powinni wiedzieć, jaka jest droga postępowania. Rada jest organem ustawodawczym. Radni mają prawo do podejmowania decyzji. Natomiast nie zastąpią burmistrza, nie zastąpią urzędu. A widzę, że takie zakusy mają coraz bardziej intensywne, mocne i nieraz nie przebierają w środkach. Czy po to, żeby podważyć decyzje, pokazać, że są ważniejsi? Nie mogę tego zrozumieć. Na razie będę się uczył. Nie wiem, co przyniesie przyszłość, natomiast nie boję się tego. Jedyna rzecz, której mogę się bać, to cierpienie i umieranie. Nawet nie śmierć, bo śmierci też się nie boję. Zbyt wiele już przeszedłem. Moja pierwsza praca to była praca w hospicjum dziecięcym, gdzie m.in. tworzyliśmy grupę wsparcia dla osób, które przeżywały żałobę po śmierci dziecka. Jestem osobą bardzo wrażliwą na krzywdę, na niepełnosprawność. Prowadziłem swego czasu w Wyszkowie środowiskowy dom samopomocy dla osób z niepełnosprawnościami. Gdy rozpoczynałem pracę w ośrodku kultury w Wyszkowie, tych prawie dwadzieścia lata temu, to uruchomiliśmy stowarzyszenie, które zaczęło pracę z młodzieżą, z dziećmi metodą streetworkingu, i ta praca jest cały czas realizowana. Później przejęła to fundacja, którą założyłem w momencie, kiedy odszedłem z ośrodka kultury.
Przez kilka lat pracował pan poza Wyszkowem. Z jednej strony dobrze zna pan to miasto, z drugiej - wraca jak ktoś z zewnątrz. Czy to pomaga, czy utrudnia start na tym stanowisku? Co najbardziej zmieniło się w Wyszkowie od czasu, gdy pan tu pracował? A może ma pan poczucie, że wraca do miasta, które trzeba poznać na nowo?
Może niezupełnie na nowo, bo sporo osób jednak znałem i utrzymywałem z nimi relacje bliższe lub dalsze. Poza tym czas tak szybko w życiu płynie, że te dziesięć lat wydaje się, że to wiele, ale z drugiej strony to dość krótko. Pamiętam, jak bardzo intensywnie uczyłem się Wyszkowa, gdy się tu pojawiłem. Urodziłem się i wychowywałem na tak zwanym zielonym Ursynowie w Warszawie. Był 1993 rok, kiedy zacząłem tutaj przyjeżdżać. Wtedy zupełnie inaczej wyglądał Wyszków i jego okolice. Intensywnie i bardzo na korzyść zmienił się przez te trzydzieści kilka lat. Wyszków i jego okolice stały mi się bardzo bliskie, kiedy podjęliśmy z żoną decyzję, żeby tutaj zaktywizować się zawodowo i tu zamieszkać z naszymi trzema synami, dzisiaj już dorosłymi.
W 2005 roku był konkurs na pracownika promocji do referatu promocji. Jeśli dobrze pamiętam, chyba jedenaście osób starało się o to stanowisko. Zrobiłem (później mi powiedział) świetne wrażenie na ówczesnym naczelniku wydziału, panu Adamie Ślubowskim. Dzięki niemu mogłem poznawać bliżej Wyszków. Kiedy rozpoczynałem pracę w promocji, zacząłem poznawać ludzi twórczych, ciekawych, interesujących. Zacząłem się w różne rzeczy i aktywności angażować. Samemu odkrywać. Później kolejną, bardzo ważną postacią był Andrzej Grajczyk, który stał się takim frontmenem, jeśli chodzi o streetworking. Miał do tego predyspozycje i odpowiednie przygotowanie. Pracował z młodzieżą wykorzystując swoje wyjątkowe umiejętności i łatwość w nawiązywaniu relacji. Założył i prowadzi od początku lat 80. szkołę sztuk walki. Wydawał mi się idealną osobą i się sprawdził! Czy też Jurek Sitek, który jest dla mnie niesamowicie wartościową i inspirującą osobą. On tysiące osób przez dziesiątki lat swojej aktywności, zaangażowanie społeczne, harcerskie, zarażał (i robi to nadal) apetytem na życie.
Później pan burmistrz Nowosielski dał mi zielone światło, żebym tymczasowo poprowadził ośrodek kultury (początkowo pełniąc obowiązki dyrektora). Ogłoszony został konkurs, który wygrałem. Wielu wydawało się, że taki młody człowiek, który od półtora roku się kręci w Wyszkowie, raczej nie za bardzo ma szanse. A jednak zostałem wybrany i przyszło mi się zmierzyć z pierwszym dużym wyzwaniem: samodzielnym poprowadzeniem placówki kulturalnej.
Są takie w życiu rzeczy, które mnie zdumiewają. Mówi się o tym, że przypadek to jest imię, które przybiera Pan Bóg, gdy chce pozostać anonimowy. I coś w tym jest. Oczywiście są osoby, które mogą twierdzić, że Pana Boga w ogóle nie ma. Ale nie wierzę, że rządzi naszym życiem ślepy los. Jak śpiewał Adam Nowak z zespołem Raz Dwa Trzy (wykonali jeden z pierwszych koncertów w 2007 roku, który współorganizowałem jako dyrektor ośrodka kultury): „Trudno nie wierzyć w nic”. I tak staram się żyć. Nie boję się wyzwań.
Jest jeszcze jedna ważna rzecz. Akurat w momencie, kiedy dowiedziałem się o tym, że pan burmistrz Płochocki chce mi powierzyć funkcję swojego zastępcy, dostałem bardzo atrakcyjną, alternatywną propozycję pracy i to taką zupełnie niezwiązaną z samorządem. I ona mi dodaje siły, bo nie wiem, na jak długo tu przyszedłem. Nie jestem politykiem, nie jestem związany z żadnym ugrupowaniem. Podchodzę tutaj do wykonywania zadań merytorycznie i na tym chcę się skupić. Zadaniowo traktować swoją pracę. Na pewno będę wystawiany na próbę przez różne osoby. Mam tego świadomość. Na pewno będę atakowany. Jest takie perskie opowiadanie o tym, jak ojciec i syn szli na targ i ciągnęli osła. Za pierwszym razem ciągnęli go za sobą i ludzie komentowani, że są bezmyślni i głupi, bo mają osła, na którym można było jechać, a oni go ciągną za sobą. Następnym razem już wsiedli na tego osła. Ludzie wtedy zaczęli pokrzykiwać w oburzeniu, że nie szanują zwierzęcia że go maltretują. Za trzecim razem wsiadł tylko ojciec – komentowali, że jest bez serca, bo synowi każe iść, zamiast zatroszczyć się o niego, a sam się rozsiadł. Ostatnim razem jechał na ośle syn. Wtedy z kolei mówili: taki młody, a ojcu każe iść. Cokolwiek człowiek by nie zrobił, zawsze znajdzie się ktoś, komu się to nie spodoba i kto będzie to komentował.
A mamy, nie tylko zresztą w Wyszkowie, wysyp „aktywistów”, których stać tylko i wyłącznie na uderzanie w klawisze komputerowe czy smartfonów. To jest bardzo wygodne. Siedzi się w zaciszu domowym i można wszystkim zarządzać i na wszystkie tematy się wypowiadać. “Gratuluję” takim osobom. Zastanawia mnie, skąd znajdują na to czas. Mnie go na to szkoda. Ja zresztą w ogóle bardzo stronię od aktywności na Facebooku, w mediach społecznościowych. Uważam, że jest zbyt dużo ciekawszych rzeczy w życiu do wykonania. Jeśli ktoś ma coś wartościowego do zrobienia, to wychodzi z domu i to robi. Oczywiście internet to też świetne medium do zdobywania i rozpowszechniania informacji, ale wiele osób mocno go nadużywa.
Porozmawiajmy teraz o relacji z panem burmistrzem. Pan burmistrz mówił o panu jako o osobie, z którą współpracował przy różnych projektach i – o czym już pan wspomniał – którego ufa. Jak ta współpraca wyglądała wcześniej?
Mnie w Piotrze Płochockim fascynują jego pasje. Uważam go za jedną z wyjątkowych osób w Wyszkowie. Jego zaangażowanie w historię lokalną, skrupulatne gromadzenie od lat materiałów, archiwaliów, nagrywanie wywiadów. Szczególnie historii związanych z harcerzami, ale nie tylko. Ma olbrzymią wiedzę, wielką determinację i to mi imponowało, odkąd go poznałem. Potrafił osoby, które jeszcze żyły i miały unikalną, wyjątkową wiedzę, wyszukać, nawiązać kontakt, wypytywać o to, co pamiętają (czego nie pamięta nikt inny). Wydeptać ścieżkę i zachować to dla potomnych. Cały czas mi to imponuje. Jeśli chodzi o film, jest niezrównany. Nie znam drugiego takiego człowieka. Może poza panem Raczkiem, którego zresztą mieliśmy niedawno okazję gościć w Hutniku. Obeznany ze światem kina. Ma w małym palcu wiedzę, powiedziałbym, że ogromną i potrafi ją w fantastyczny sposób przekazywać.
Dlatego, gdy pracowałem w Radzyminie, w pewnym momencie zapytałem go, czy zgodzi się przyjeżdżać też i tam. DKF [Dyskusyjny Klub Filmowy] powstał ponad 15 lat temu w Wyszkowie, kiedy byłem dyrektorem ośrodka kultury i cały czas trwa. Piotr zgodził się przyjeżdżać do radzymińskiej biblioteki. Na seanse zaczęło przychodzić sporo osób zafascynowanych filmem, a przede wszystkim tym, w jaki sposób Piotr prowadził spotkania.
Burmistrz ma nadto lekkość w nawiązywaniu relacji. Na szczęście nie przyjmuje zbyt osobiście ataków, bo był od samego początku atakowany już w kampanii wyborczej, też bezpardonowo. Podziwiam w nim także to, że w tak wyrazisty sposób potrafi artykułować swoje poglądy, swoje zdanie, nie bojąc się o to, jak to zostanie skomentowane. Wie, że nie da się wszystkim przypodobać, być miłym dla wszystkich, bo to nie ma sensu.
Nie po to się narodziliśmy, żeby wszystkich zadowolić. Poza tym każdy z nas, odkąd się urodził, pracuje na to, kim jest. Przede wszystkim poprzez swój rozwój osobisty, uczenie się, zdobywanie wiedzy, rozwijanie pasji, stosunek do innych ludzi. Jedni tę lekcję odrabiają w sposób celujący. I Piotra zaliczam do takich ludzi. A niektórzy gdzieś tam się gubią. Są ludzie otwarci i tacy, którzy mierzą swoją wypaczoną miarą innych. Jeśli ktoś mało czytał, mało widział w życiu i nie pracował nad tym, aby sobie pewne sprawy przemyśleć, to ciężko znaleźć w nim zrozumienie, nawiązać z nim porozumienie.
Czyli można powiedzieć, że między panami burmistrzami jest taka relacja, że potraficie panowie siebie słuchać.
Tak, potrafimy słuchać. Nie jest prawdą, że wszystkie poglądy Piotra są moimi poglądami, że się ze wszystkim zgadzam. Ale teraz poznaję Piotra Płochockiego jako człowieka, który potrafił wspólnie z dużą grupą entuzjastów stworzyć ambitny program wyborczy, przekonać do niego mieszkańców gminy Wyszków, uzyskać ich głosy i zwyciężyć w wyborach samorządowych. Od blisko 2 lat pełni funkcję burmistrza Wyszkowa i jestem pod ogromnym wrażeniem, jak dojrzale i swobodnie odnajduje się w tej roli, ile się nauczył, jak jest pracowity, kreatywny i bardzo zaangażowany w to, co robi. A także jak dobrze współpracuje z pracownikami urzędu i kierownikami jednostek organizacyjnych, z którymi ma bardzo dobry kontakt. Dzięki temu łatwo jest mi wdrożyć się w pełnienie nowej dla mnie funkcji.
To gdzie są te różnice?
Mamy różne pasje. Jestem zapalonym kajakarzem i rowerzystą. Latem organizuję pielgrzymki rowerowe na Jasną Górę. Bardzo lubię wyprawy górskie. A w sprawach istotnych z punktu widzenia sprawowanych przez nas funkcji, uzupełniamy się i burmistrz wie, że może na mnie polegać, będę stał u jego boku i wspierał go, jak najlepiej potrafię, przy realizacji programu wyborczego, który spodobał się wyborcom. I to jest najważniejsze.
Często pan podróżuje?
Tak. Podróżuję wraz z żoną. Sporo miejsc już wspólnie zwiedziliśmy. W ogóle interesuje mnie, jak żyją ludzie. Jestem społecznikiem i to mocno zaangażowanym. Teraz trochę w innej roli jako wolontariusz, ale na pewno będę się dalej angażował.
Jak już pan wspomina o działalności społecznej, to pojawiły się tutaj pewne zarzuty. Po pierwsze, czy w ogóle ten sposób działania z inicjatyw oddolnych da się przenieść do urzędu? A po drugie, w przestrzeni publicznej pojawiły się pytania o pana doświadczenie czy powiązania z organizacjami pozarządowymi – głównie chodzi o finansowanie z gminy w tym obszarze. Jak pan na nie odpowiada? Czy rozumie pan te wątpliwości radnych i mieszkańców?
Kiedy pracowałem w Radzyminie, to zarekomendowałem panu burmistrzowi Radzymina, by zaprosił do obsługi monitoringu wizyjnego spółdzielnię socjalną, która zaczęła to robić wcześniej w Wyszkowie. Był pomysł na to, żeby tam powstała zupełnie nowa, niezależna spółdzielnia, ale żeby powstała taka spółdzielnia, to naprawdę potrzeba sporo czasu i mocnego zaangażowania. Burmistrz Radzymina, gdy zobaczył, jak to funkcjonuje tutaj w Wyszkowie, to zaproponował poprowadzenie tego monitoringu wyszkowskiej spółdzielni. I tam też wtedy pojawiły się takie głosy, że jest jakiś konflikt. W spółdzielni niczego nie zarabiam i nie zarabiałem. Burmistrz Radzymina krótko uciął wszelkie spekulacje. Powiedział, że on bardzo ceni osoby, które są zaangażowane społecznie i nie widzi konfliktu interesów, dlatego cały czas mogłem czuwać nad funkcjonowaniem spółdzielni.
Wracając do początków, moją rolą było doprowadzenie do jej powstania i do tego, by niepełnosprawni mogli sami o sobie decydować. Taka jest idea spółdzielcza. Żeby nie mieli swojego pracodawcy, nie byli zdani na jego łaskę, tylko sami zawalczyli o swoje miejsca pracy i mieli wpływ na sposób jej wykonywania.
W Wyszkowie w 2007 roku zaraz po powstaniu spółdzielni pojawiły się dość szybko zlecenia. Pierwsze z ośrodka kultury, którym wtedy kierowałem. Ale kluczowym, najważniejszym, stało się zlecenie z Gminy Wyszków obsługi monitoringu wizyjnego. Spółdzielcy musieli na nie zapracować i zapracowali – zostali obdarzeni zaufaniem. Najpierw w Wyszkowie, potem w Radzyminie.
Spółdzielnia Socjalna SZRON przeszła w ostatnich latach ciężkie próby. Zmarł lider spółdzielni, niespełna rok potem jego następczyni. Bałem się o jej los. Potrzebna była osoba, która przekona spółdzielców i pracowników, że mimo iż nie ma już Grzegorza Kowalewskiego, a potem także Iwony, spółdzielnia może dalej trwać i może realizować zadania. To moje zaangażowanie w działalność spółdzielczą służyło tylko i wyłącznie temu, żeby jakimś swoim autorytetem przekonać ich, że pracując ramię w ramię będą mogli nadal realizować zadania, zachować swoje miejsca pracy. I taka była moja rola. Teraz, po moim formalnym odejściu (odszedłem z zarządu z chwilą objęcia urzędu), pozostałem ich dobrym duchem. Wspieram radą, motywuję, przemawiam do wyobraźni, pomagam, w czym mogę.
Natomiast założona przeze mnie w 2012 roku Fundacja Nad Bugiem została powołana nie po to, by prowadzić działalność gospodarczą, tylko realizować zadania charytatywne, non profit (nie dla zysku). Od lat świadczy usługi zlecone przez Gminę Wyszków z zakresu streetworkingu. Wspomaga młodych, którzy mają problemy z odnalezieniem swojej drogi, którzy gdzieś tam się zagubili, bo nie mają wystarczającego wsparcia ze strony dorosłych, którzy przestali wierzyć w siebie, w to, że uda im się zrealizować marzenia, rozwijać pasje. W fundacji pracuje z nimi grupa streetworkerów, profesjonalistów, z Andrzejem Grajczykiem na czele, których wspieram.
Moim zadaniem w fundacji była przede wszystkim obsługa, czyli opracowywanie wniosków i czuwanie nad prawidłową realizacją zadania, w tym gromadzenie dokumentów, dokonywanie płatności, prowadzenie spraw administracyjnych. Przez wiele pierwszych lat robiłem to zupełnie za darmo jako wolontariusz, a od kilku lat zarabiałem kwotę niespełna tysiąc trzysta złotych brutto za całoroczną obsługę projektu. Jeżeli ktokolwiek ma jakiekolwiek wyobrażenie o tym, ile dokumentów musiałem opracować, zrozumie ten wysiłek. Teraz musiałem to wszystko zostawić, żeby być transparentnym. Osoby zainteresowane odsyłam do lektury składanych przez wszystkie lata sprawozdań, z których wyraźnie wynika, w jaki sposób były i są wykorzystywane środki na realizację wyszkowskiego streetworkingu. Mogę też osobiście udzielić wyczerpujących wyjaśnień.
A czy zamierza pan angażować się w budowanie nowych relacji w Radzie Miejskiej?
Przychodzę z takim nastawieniem, że każdy, dopóki żyje, może się zmienić – choćby tylko o małą jotę. Nawet jakieś swoje spojrzenie na daną sprawę czy pogląd, opinię. Nieraz to potrafi być jeden impuls, jeden sygnał, jedno słowo, jedna prawda, która dotrze. Dlatego nie można nikogo z założenia skreślić. Przyznam z czystym sumieniem, że nikogo z radnych nie znam wystarczająco dobrze. Sam siebie poznaję całe życie. Jerzy Libert w jednym ze swoich wierszy napisał „Uczę się ciebie, człowieku, powoli się uczę, powoli. Od tego uczenia trudnego raduje się serce i boli”. Oczywiście z jednymi będzie mi łatwiej współpracować, z innymi trudniej, jak to między ludźmi, i będzie to zależeć też od ich nastawienia, sposobu reagowania. Różne rzeczy nas w życiu spotykają. Natomiast bardzo ważne jest, jak na to reagujemy. Można zareagować w taki sposób, że się kogoś skrzywdzi, skreśli albo zlekceważy. Ale można i trzeba pokazać swoją klasę, swoją otwartość, pozytywne nastawienie na zrealizowanie zadania, na rozwiązanie problemu. W tych relacjach będę chciał się głównie na tym skupić.
A jeżeli chodzi o relacje z panią pełnomocnik Alicją Staszkiewicz, byłą już pierwszą zastępczynią burmistrza… Była wyrazistą postacią. Czy będzie pan próbował kontynuować jej styl pracy, czy raczej budować własny? Fakt, że pozostaje w strukturach, ułatwia czy komplikuje tę sytuację?
Na pewno nie jest to jeden do jednego zamiana i styl mojej pracy nie będzie taki, jak pani Alicji. Natomiast bardzo ją szanuję. Jest świetnie wykształcona, profesjonalna, ma wybitne umiejętności menedżerskie, a przy tym wysoką wrażliwość na drugiego człowieka, pozbawioną naiwności i zdolność do trafnej oceny intencji. Szybko wyciąga wnioski, potrafi mądrze doradzić, podejmuje rozważne decyzje poprzedzone wszechstronną oceną faktów, informacji, zebranych z różnych źródeł. Doświadczenie, wiedza, którą pani Alicja dzieli się ze mną, są dla mnie bezcenne. A możliwość naszej dalszej współpracy bardzo mnie cieszy i dodaje wiary, że razem dokonamy wiele dobrego.
Musieli się państwo podzielić obowiązkami. Promocja, sport i kultura to „działka” byłej wiceburmistrz jako pełnomocniczki…
Mnie też są bardzo bliskie. Ale respektuję podział zadań, który wspólnie uzgodniliśmy. Współpracuję z panem burmistrzem i panią pełnomocnik przy podejmowaniu decyzji także w tych obszarach.
Właśnie. Były komentarze, rozmowy, także w radzie, że pana doświadczenia i kompetencje pasowałyby pod zakres zadań pani pełnomocnik. A będzie pan odpowiadał za edukację, sprawy społeczne, gospodarkę komunalną i ochronę środowiska. I jest to dość szeroki zakres. Od czego zaczął pan swoją pracę? Sam początek był dość głośny. W związku z rekrutacjami do szkół zmieniły się pewne plany…
Nie zmieniły się właśnie. Ale na głęboką wodę może zostałem wrzucony i to w momencie podejmowania dość trudnych decyzji. Jak człowiek wchodzi na statek i jest burza, no to trzeba szybko zapanować nad sytuacją. Jak już mówiłem, każda decyzja będzie jednych cieszyć, a nie wszystkich zadowoli. Ta decyzja wynika przede wszystkim z największej troski o sytuację. Po pierwsze, najważniejsze są dzieci, te, które mają zagwarantowane prawem możliwość uczenia się w szkole z danego obwodu. I tu się nic nie zmieniło. Można powiedzieć, że przez ładnych kilka lat nie było to przestrzegane, ale nie było przestrzegane też z innego powodu. Dlatego że dynamicznie zmienia nam się sytuacja. Bardzo mocno będziemy odczuwali w najbliższych latach skutki zmian demograficznych w gminie Wyszków. Musimy bronić budżetu miasta, wpływu z podatku mieszkańców i płynności finansowej gminy przed niewyobrażalnym wzrostem kosztów wynikających z funkcjonowania szkół. Będziemy stali na straży i skrupulatnie kontrolowali liczbę otwieranych oddziałów i takie dopasowanie dzieci spoza obwodów do naszych możliwości organizacyjnych. Przed nami jest wyzwanie polegające na tym, że w tych trzech kluczowych szkołach, gdzie są osoby nieprzypisane jeszcze do żadnego z oddziałów, na pewno taki jeden dodatkowy oddział jeszcze powstanie. Ale liczę na to, że dyrektorzy, łącznie z rodzicami, dokonają wyboru. Usiądą, porozmawiają. Tam, gdzie będzie można, ten oddział powstanie, a pozostali, jeżeli z jakichś powodów nie dadzą się przekonać, to jeszcze w innych szkołach jest kilka wolnych miejsc. Nie we wszystkich, może nie w tej, którą oni sobie wstępnie wybrali, ale to wcale nie oznacza, że miejsc w ogóle nie ma, bo mamy wystarczającą liczbę miejsc. Tak, to było takie wyzwanie na starcie.
Czy to właśnie obszar edukacji, czy jakiś inny, jest największym wyzwaniem teraz dla gminy i dla pana?
Tak, edukacja, ze względu na to, jak wielką część budżetu gminy Wyszków stanowią wydatki oświatowe. Po pierwsze, edukacja jest bardzo ważna. Jest jednym z kluczowych obszarów inwestowania w ludzi od początku. W ich rozwój. To są przyszli dyrektorzy jednostek, pracownicy instytucji. To jest nasze przyszłe pokolenie. Oni niedługo, a czas szybko płynie, przejmą role, które my obecnie pełnimy. Dlatego musimy starannie ich kształcić i przykładać do tego dużą wagę. Jeżeli uda nam się zaoszczędzić pieniądze dzięki temu, że będziemy trzymali mocno rękę na pulsie i nie pozwolimy na to, żeby takim szerokim strumieniem te pieniądze wypływały, to będziemy wzmacniali bazę lokalową. Inwestowali w infrastrukturę, w nowoczesne rozwiązania. Poprawimy jakość kształcenia. To jest nasze zadanie. Na pewno czekają nas i to już za dwa czy trzy lata trudniejsze decyzje do podjęcia, ponieważ nastąpi takie zmniejszenie liczby dzieci, które będą podejmowały naukę w pierwszej klasie, że prawdopodobnie niektóre szkoły trzeba będzie przekształcić w szkoły uczące dzieci we wstępnym okresie, czyli od zerówki do klasy trzeciej. I wybrać później tylko kilka szkół, w których kontynuowana będzie edukacja. Obiekty oświatowe będą przeobrażane w placówki opiekuńcze. Społeczeństwo nam się starzeje i będziemy potrzebowali za chwilę miejsc w placówkach pomocy wytchnieniowej, całodobowej czy dziennej dla osób w wieku podeszłym, osób wymagających opieki i pielęgnacji, osób z niepełnosprawnościami.
Ze wszystkich obszarów, którymi się teraz pan zajmuje, który jest najpilniejszy? Gdzie będą teraz zapadały najważniejsze zmiany i decyzje?
Uważam, że właśnie oświata. Wszyscy wiemy, że jest ona na „czerwonym pasku” zainteresowań we wszystkich samorządach. Zapoznajemy się z raportem, który jest diagnozą systemu, naszych możliwości organizacyjnych i szukania oszczędności, racjonalizowania wydatków. Liczy czterysta kilkadziesiąt stron. Będziemy się spotykać z dyrektorami i przedstawiać im propozycje wprowadzenia zmian. Oczywiście nie natychmiastowych, tylko rozłożonych w czasie. Wierzę w to, że przyniosą one znaczne oszczędności i uchronią nasz budżet przed utratą płynności, zadłużaniem się, z czym borykają się obecnie polskie szpitale. To jest trudna sprawa. Gdyby w naszej gestii była służba zdrowia, to podejrzewam, że zaczynalibyśmy od służby zdrowia.
A jakim chce pan być wiceburmistrzem? Bardziej urzędnikiem, menedżerem, animatorem lokalnych inicjatyw?
Myślę, że odnajduję się w każdej z tych ról. Moje zadanie polega głównie na tym, żeby były dochowane procedury. W końcu wszystko, co się tutaj dzieje, musi być zgodne z prawem. Nie można zaniedbać żadnego z tych obszarów. Natomiast ja jestem – i tak zawsze do tego podchodziłem – człowiekiem, który szuka rozwiązań i który nawet jak usłyszy, że czegoś nie można, to nie ustępuje, po prostu szuka jakiegoś zastępczego, alternatywnego rozwiązania, żeby zrealizować cel. Trochę jestem takim niespokojnym duchem, którego trudno zatrzymać jednym słowem „nie”, „nie da się”. Na mnie to działa trochę jak płachta na byka, mobilizująco.
Czy powrót do Wyszkowa to trochę taki powrót do niedokończonej historii?
Myślę, że tak, choć bardziej bym to określił: niekończącej się historii. Lubiłem powracać do Wyszkowa, odkąd go poznałem i się nim zachwyciłem i ludźmi tu mieszkającymi. Poczułem się jak u siebie, jakbym dotarł do swojej małej ojczyzny. Wyszków jest takim dopełnieniem, spełnieniem. Radzymin pojawił się jako ciekawe i ważne doświadczenie. Spędziłem tam dziesięć lat. To był najdłuższy czas w moim życiu, podczas którego byłem skupiony na realizacji jakiegoś zadania, misji. Nie było mi łatwo stamtąd odchodzić. Ale jak to w wierszu księdza Twardowskiego, jednym z takich dla mnie ważniejszych: „Jeśli Pan Bóg drzwi zamyka, to otwiera okno”. Trzeba po prostu się umieć otworzyć i zaufać drodze.
Czy chciałby pan coś powiedzieć mieszkańcom, może tym, którzy dopiero teraz pana poznają? Nie wszyscy znają pana przeszłość w Wyszkowie.
Mam tego świadomość. Dotarło do mnie takie pytanie: „A kim on jest?”. Cóż, mogę powiedzieć: poznajmy się. Najlepiej po tych dobrych owocach działań. Mam nadzieję, że dostanę kredyt zaufania, którego postaram się nie zmarnować. Jedną z ważnych dla mnie książek, do których wracam, nosi tytuł „Poradnik umierania dla początkujących”. Napisał ją Simon Boas, czterdziestosześciolatek, który umierał na glejaka mózgu. Podzielił się w niej taką receptą na życie (myślę, że to też pokazuje, jak bardzo optymistyczna jest ta książka): Skupiajcie się w życiu na tym, co jest najcenniejsze. A najcenniejsze wcale nie są ani zaszczyty czy tytuły, tylko by każdego dnia uśmiechać się na ulicy do nieznajomych, zarażać innych optymizmem. Żeby nawet wtedy, gdy dostanie się po uszach, nie załamać się. Dzisiaj przegrałeś bitwę, ale wojny nie przegrałeś. Idziemy dalej!
Wciąż jestem Arturem Laskowskim. A że w tej chwili pełnię funkcję zastępcy burmistrza, to mnie nie zmieni. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że mnie to mobilizuje do intensywniejszej pracy, do działania, do tworzenia, do rozwoju.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze