To miał być po prostu kawałek ładniejszego świata pod blokiem. Kilka krzewów, trochę kwiatów, wykoszony trawnik. Miejsce, obok którego ludzie przechodzą codziennie — do sklepu, do pracy, z psem, z zakupami. Dziś pan Grzegorz, mieszkaniec jednego z bloków przy ul. 1 Maja w Wyszkowie, mówi o tym miejscu jak o czymś znacznie większym niż zwykły skwerek. — Zrobiłem to dla ludzi, a chcą to wszystko zniszczyć — podsumowuje.
Od około siedmiu lat własnymi rękami dba o teren zielony niedaleko swojego mieszkania. Kosi, podlewa, nawozi, przycina. Sadził hortensje, hibiskusy, lilie, trawy ozdobne, kielichowce. W sumie około 50 krzewów i roślin. Wszystko za własne pieniądze.
Pomysł na takie działania pojawił mu się spontanicznie, ale początki były dość niejasne.
— Jak dzwoniłem do spółdzielni siedem lat temu, to mówili, że od brzozy w stronę ulicy jest to teren miasta. Potem poszedłem do miasta, a tam usłyszałem, że brzoza należy do spółdzielni, a ich teren jest dopiero za brzozą. Nie było to jasne do końca. A trawniki tu przez lata kosiło miasto — opowiada.
Pan Grzegorz zaczął sadzić pierwsze rośliny. — Burmistrz Nowosielski mnie chwalił, że świetnie to zrobiłem, że ładnie — wspomina.
W tym czasie, kiedy zmienił się burmistrz, pojawił się drobny problem. Firma kosząca trawniki na zlecenie miasta skosiła część jego róż. Poszedł wtedy do burmistrza Piotra Płochockiego wyjaśnić sytuację. — Przy okazji uzgodniliśmy, że będzie jak dawniej. Miasto dalej będzie tutaj kosić, a ja będę sadził — mówi.
I tak było. Aż nagle, w marcu tego roku, wszystko się zmieniło. — Prezes nagle się zorientował, że to jednak teren spółdzielni — mówi pan Grzegorz.
11 marca otrzymał oficjalne pismo ze Spółdzielni Mieszkaniowej „Przyszłość”, podpisane przez prezesa zarządu Mirosława Marszała. W dokumencie napisano: „Spółdzielnia Mieszkaniowa „Przyszłość” w Wyszkowie wzywa Pana do usunięcia dokonanych przez Pana nasadzeń roślin znajdujących się na terenie należącym do Spółdzielni zlokalizowanym przy ul. 1 Maja 11 w Wyszkowie. Nasadzenia zostały wykonane bez zgody Spółdzielni”.

(Zdjęcia wykonane przez pana Grzegorza i nadesłane redakcji w marcu 2026 roku)
Dalej spółdzielnia żąda „usunięcia nasadzeń oraz przywrócenia terenu do stanu poprzedniego w terminie 14 dni od dnia otrzymania niniejszego pisma”, i ostrzega: „W przypadku niedostosowania się do powyższego wezwania we wskazanym terminie, nasadzenia zostaną usunięte przez Spółdzielnię bez dodatkowego powiadomienia”.
Pan Grzegorz mówi, że po otrzymaniu tego pisma poszedł natychmiast do Urzędu Miejskiego. — Burmistrz sprawdził wszystkie mapki i niestety, faktycznie okazało się, że teren należy do spółdzielni. Ale dziwne, że po siedmiu latach prezes się obudził — mówi.
Nie ukrywa też rozgoryczenia. — Tam, gdzie od dawna wiadomo, że teren należy do spółdzielni, nic się nie dzieje. Nawet ciężko to nazwać trawnikiem. Góry, doły, dziury. A przyczepił się akurat do tego fragmentu, gdzie są rośliny przeze mnie posadzone — dodaje.

(Zdjęcia trawnika należącego do spółdzielni kawałek dalej, wykonane również przez pana Grzegorza w marcu 2026)
Na pismo odpowiedział oficjalnie. W odpowiedzi do prezesa napisał między innymi: „Wykonane przeze mnie nasadzenia roślin miały na celu jedynie poprawę estetyki otoczenia oraz podniesienie jakości przestrzeni wspólnej dla mieszkańców ulicy 1 Maja”.
Podkreślał również, że wszystkie prace wykonywał sam i za własne pieniądze. „Zakup i wszystkie nasadzenia roślin, jak również ich pielęgnację, podlewanie, nawożenie wykonywałem osobiście i za własne środki, nie angażując funduszy Spółdzielni”.
W piśmie zwracał uwagę także na znaczenie zieleni dla mieszkańców i apelował do prezesa o pozostawienie roślin.
„Teren ten stał się przykładem wspólnej, oddolnej inicjatywy mieszkańców. W naszej ocenie jest to jeden z najbardziej zadbanych i społecznie zorganizowanych trawników w Wyszkowie”.[...] „Moim zamiarem nie było naruszenie zasad obowiązujących w Spółdzielni, lecz działanie w dobrej wierze — z troską o wspólną przestrzeń i jej estetykę”.
Na końcu deklarował gotowość do rozmowy i kompromisu. Do dziś odpowiedzi jednak nie otrzymał. — Zero. Nawet żadnego pisma — mówi.
Jak twierdzi, od tamtej pory nikt ze spółdzielni nie pojawił się nawet na miejscu. — Nikt nie oglądał tego terenu. Nic nie usunęli. Ale też żadnego kontaktu nie ma — dodaje.
Sprawa szybko stała się głośna wśród mieszkańców. Pan Grzegorz stworzył petycję w obronie skwerku. Podpisało ją ponad 150 osób. Złożył ją 1 kwietnia.
Redakcja również skierowała do prezesa spółdzielni szczegółowe pytania dotyczące sprawy. Pytaliśmy m.in. dlaczego decyzja o usunięciu nasadzeń zapadła dopiero po siedmiu latach, czy spółdzielnia wcześniej wiedziała o ich istnieniu, czy rozważano kompromis z mieszkańcem, czy rozważane były inne rozwiązania niż całkowite usunięcie nasadzeń, np. ich zalegalizowanie, uporządkowanie lub objęcie opieką spółdzielni oraz czy planowane jest własne zagospodarowanie tego terenu.
Na odpowiedzi czekaliśmy tygodniami. Po wysłaniu pytań czterokrotnie kontaktowaliśmy się telefonicznie z sekretariatem spółdzielni. Za każdym razem słyszeliśmy zapewnienia, że sprawa jest w toku, że zostanie przekazana informacja prezesowi o naszych telefonach, że odpowiedź nadejdzie. Nie nadeszła do dziś.
Tymczasem życie na tym niewielkim skwerku toczy się dalej. Pan Grzegorz w tym roku już kosił trawę. Zamiata teren regularnie. Dba o rośliny tak, jak przez ostatnie siedem lat. Hortensje i hibiskusy puszczają pierwsze liście, a kielichowce znów budzą się do życia po zimie.
I tylko nadal nie wiadomo, czy za chwilę ktoś nie każe tego wszystkiego wyrwać.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze